Wetlina 2017 – Epilog

/Wetlina 2017 – Epilog

Wetlina 2017 – Epilog

Wielka Wyprawa – FAQ

Minęło już trochę czasu od zakończenia mojej pierwszej Wielkiej Wyprawy. Pierwszej, którą postanowiłem opisać. W trakcie i po jej zakończeniu pojawiło się wiele pytań, a duża część z nich się powtarzała w związku z tym powstał ten wpis. Zebrałem tu wszystkie informacje o jakie pytaliście. Wierzę, że pomogą one także Tobie podjąć decyzję by wyruszyć w swoją własną Wielką Wyprawę!

Jest plan!

Pomysł na Wielką Wyprawę powstał spontanicznie jak wszystko u mnie. Na początku wiedziałem tylko, że chcę z Wrocławia pojechać Vespą do Wetliny na naleśnika giganta do Chaty Wędrowca. Mam znajomych, którzy różnymi motocyklami (w tym także Vespą) podróżują po całej Europie. Jedyna różnica (dość jednak istotna na trasie) polega na tym, że są to maszyny z dużo większymi silnikami. Przy pojemności 125cc wiedziałem, że próba objuczenia Vespy kuframi odbierze mi przyjemność z jazdy, a na tym najbardziej mi zależało bo od samego początku to podróż była celem głównym. Tak się złożyło, że teść mój lubi góry i w Bieszczady jeździ od czasu do czasu więc udało mi sie przekonać go i później moją małżonkę żeby wyruszyli ze mną w tę podróż. Oni autem ze wszystkimi tobołami, ja Vespą, zabierając tylko to co w trasie niezbędne. To się okazało strzałem w dziesiątkę! Plan zakładał, że spotykamy się w miejscach noclegu, ewentualnie jeden – dwa postoje na trasie. Nie mniej jednak oni swoją trasą, ja swoją. Oni cywilizacją, ja dzikimi ostępami.

Planowanie trasy

No właśnie. Kiedy ustalone było, że Wielka Wyprawa ma szansę dojść do skutku, nadszedł czas na planowanie trasy. Oczywiście jako kompletnie zielony w tym temacie odpaliłem mapy Google, sprawdziłem odległość z Wrocławia do Wetliny i już wiedziałem, że muszę ją podzielić na pół przynajmniej. Biorąc pod uwagę spodziewaną jakość i gęstość dróg oraz natężenie ruchu wyszło mi, że idealnym miejscem pierwszego noclegu będzie Kraków. Nastepnego dnia musiałem dotrzeć do Wetliny bo chciałem spędzić tam 3 noclegi. Nie miałem pojęcia jak zniosę te ponad 600km w siodle, a poza tym być w Bieszczadach i nic nie zobaczyć to zbrodnia.

Do dyspozycji miałem w sumie 7 dni, biorąc pod uwagę, że zakładałem piątego dnia wyruszyć z Wetliny, zostawały mi dwa dni na drogę powrotną. Aby maksymalnie wykorzystać dostępny czas oraz uatrakcyjnić trasę, przyjąłem że droga powrotna musi znacząco różnić się od drogi w tamtą stronę. Znów spojrzałem na mapę, przyjąłem długość tras dziennych mniej więcej porównywalną z trasami Wrocław – Kraków i Kraków – Wetlina i doszedłem do wniosku, że fajnie będzie wracać wzdłóż południowej granicy. Od razu do głowy przyszła mi Niedzica, ponieważ byłem tam za dziecka i strasznie mi się podobał Zamek nad jeziorem i tamą. Tu pojawiły się schody bo w zasadzie między Niedzicą, a Wrocławiem nie widziałem nic ciekawego i trochę z musu wybrałem Racibórz. Miasto, o którym usłyszałem kupując bilety na Intro Festival, a które się okazało bardzo sympatycznym miastem nawet po tak krótkiej znajomości.

Narzędzia do planowania trasy i nawigacji

Kiedy już wyznaczyłem punkty kontrolne i zarezerwowałem noclegi, zacząłem planować konkretne odcinki. Standardowa nawigacja samochodowa czy Google maps pozwalają wyłączyć autostrady, promy i drogi płatne ale dla mnie to było za mało. Chciałem unikać dróg wojewódzkich, a w zasadzie chciałem jechać najpodlejszymi z możliwych dróg o ile nawierzchnia tylko na to pozwoli i nie wydłuży to trasy o setki kilometrów. Chciałem dotrzeć do miejsc, do których w innych okolicznościach nigdy bym nie dotarł i to się udało! Choć nie było to takie proste jak mogłoby się wydawać…

Pierwszy wybór padł oczywiście na Google Maps jak wspomniałem. Co prawda do samego planowania trasy kompletnie się nie nadaje ale za to w zasadzie całą trasę zobaczyłem w Street View i dzięki temu wiedziałem czego się spodziewać. Jaka nawierzchnia, jakie natężenie ruchu mniej więcej, jakie otoczenie itd. Oczywiście mam świadomość, że wszystko może się znacząco różnić od tego co tam widzę ale większość sprawdziła się dokładnie, a większość różnic była na plus dla rzeczywistości. Na przykład tam gdzie spodziewałem się średniej jakości nawierzchni okazywało się, że droga jest nowiutka!

Jak wspomniałem nawigacja samochodowa też nie jest dobrym rozwiązaniem bo nawet po wyłączeniu autostrad i dróg płatnych, nawigacja ciągnie na jak najgłówniejsze trasy. To oznacza co prawda optymalizację pod kątem długości trasy ale bardzo często są to drogi o dużym natężeniu ruchu, pełne TIRów i kolein. Czyli praktycznie wszystko czego chciałem uniknąć. Ja korzystam z Sygic na telefonie i generalnie jestem bardzo zadowolony. Szczególnie ważne dla mnie było, że widzę w nawigacji odległość do najbliższych 5 stacji benzynowych na trasie. No ale samo planowanie trasy sprawdzałoby się do żmudnego wklepywania każdej maleńkiej miejscowości jako kolejnych punktów kontrolnych.

Sprawdziłem wiele aplikacji mających być nawigacją „motocyklową” ale większość z nich sprowadzała się do tego samego co nawigacja samochodowa. Wyróżnikiem było jedynie planowanie trasy w taki sposób by nie wracać po własnych śladach, ewentualnie ustawienie jak kręta ma być proponowana trasa. To oczywiście mega fajne funkcje ale nadal nie dało się w tych aplikacjach wykluczyć dróg, których chciałem uniknąć.

W końcu trafiłem na serwis MyRoute, który okazał się dla mnie wybawieniem. Co prawda automatyczne planowanie trasy ma podobne minusy jak każda inna nawigacja ale za to ręcznie można trasę później korygować dowolnie. Co więcej serwis posiada wsparcie Street View co pozwala na bieżąco sprawdzać trasę bez wychodzenia na inne strony. Niestety oprócz planowania trasy, inne funkcjonalności są słabo zrobione moim zdaniem. Aplikacja mobilna to w zasadzie serwis www. Ma za to bardzo ważną funkcję eksportu zaplanowanej trasy do aplikacji Sygic lub Navigon. Niestety to rozwiązanie dostępne jest tylko dla użytkowników, którzy wykupią płatne konto. Powiem szczerze, że nawet byłem zdecydowany wykupić takie konto ale okazało się, że proponują na początek 30 dni okresu próbnego. Kolejnym minusem takiego rozwiązania jest to, że nawigacja importuje trasę jako zbiór punktów kontrolnych, a pomiędzy punktami sama wytycza trasę co oczywiście skutkuje tym, że znów ciągnie na drogi, którymi jechać nie chciałem. Na szczęście w MyRoute można zaplanować trasę, złożoną z dosłownie kilku punktów, a następnie uruchomić funkcję automatycznego dodania punktów kontrolnych. Sygic umożliwia import trasy do 48 punktów kontrolnych i biorąc pod uwagę, że za każdym razem importowałem tylko fragment, który miałem zamiar przejechać danego dnia, to jest to ilość absolutnie wystarczająca.

Po powrocie znalazłem Navigon Cruiser i co prawda jeszcze nie miałem okazji sprawdzić w boju ale już widzę, że jest to appka bardzo bogata w przydatne funkcji i przede wszystkim od początku zaprojektowana przez motocyklistów. Już sam interfejs użytkownika jest tak przygotowany by można było korzystać z aplikacji bez zdejmowania rękawic. Polecam zapoznać się z tą appką, a jeśli znasz coś lepszego to proszę podziel się w komentarzu!

Na koniec kilka słów o sprzętowych nawigacjach motocyklowych. Nie korzystałem z nich ale sporo czytałem na ten temat i świadom jestem plusów takich jak matowy ekran i podwyższona jasność i kontrast dzięki czemu nawet w słoneczny dzień nie ma problemów z czytelnością. Odpowiednia budowa zapewniająca ochronę przed kurzem i wodą. Oczywiście długa praca na baterii też jest nie bez znaczenia. Nie miałem możliwości zweryfikować jak to wygląda w rzeczywistości ale korzystałem daaaawno temu ze sprzętowych nawigacji samochodowych i mnie na przykład mocno irytowało, że muszę mieć garść urządzeń, zamiast wszystko w jednym i druga sprawa, że aktualizacja map choćby czy uzależnienie od jednego systemu nawigacji mocno mnie zniechęcało do podjęcia próby. Wyczytałem natomiast kilka minusów korzystania z aplikacji w telefonie podczas jazdy i to akurat zweryfikowałem dość dokładnie:

  • błyszczący ekran – owszem jest problematyczny kiedy odbija Ci się w nim słońce ale szczerze są to pojedyncze sekundy w czasie jazdy i nie zauważyłem by miało to negatywny wpływ na komfort.
  • Krótki czas pracy na baterii. Tego nie wiem bo mam w Vespie dwa porty USB i na bieżąco zasilałem telefon. Jest za to faktem, że w ciężkim i długim deszczu padło mi ładowanie i wtedy musiałem się wesprzeć ładowaniem z powerbanku dlatego dobry i pojemny powerbank powinien znaleźć się na Twojej liście niezbędnych akcesoriów jakie warto mieć przy sobie.
  • Nadmierne nagrzewanie się i wyłączanie się telefonu z przegrzania. Miałem raz taką sytuację. Kiedy w pełnym słońcu utknąłem w korku przed zwężeniem drogi gdzie ruch był wahadłowy. Podczas normalnej jazdy czy korków w miastach, nie spotkało mnie to ani razu.
  • Interfejs nie dostosowany dla rękawic. Miałem trasę z góry zdefiniowaną i w zasadzie nigdy nie miałem konieczności modyfikacji trasy w drodze. Niemniej jednak to akurat mam nadzieję, że rozwiąże Navigon Cruiser.

W co się ubrać?

Ja wspomniałem do tej pory jeździłem głównie po mieście i ciuchy cywilne wystarczały mi w zupełności. Tuż przed Wyprawą pojechałem jednak w trasę około 160km i zrozumiałem, że poza miastem warto jednak mieć na sobie coś więcej niż kurteczkę i t-shirt pod spodem. Między innymi dlatego zacząłem swoje kompletowanie garderoby od kurtki właśnie.

Szukałem czegoś co niekoniecznie będzie ciężką zbroją i da się w tym jeździć po mieście, a jednocześnie będzie zabezpieczało przynajmniej przed wiatrem i koniecznie w razie czego miało ochraniacze. Wybrałem kurtkę Modeka Wing przy czym od razu wymieniłem standardowe pianki na ochraniache SYS-TEC rąk, łokci, barków i kręgosłupa. Dla mnie to nowe doświadczenie więc musiałem się przyzwyczaić do trochę sztywniejszej konstrukcji i ciężaru kurtki ale poczucie bezpieczeństwa wzrosło drastycznie.

Wcześniej jeździłem w rękawiczkach i sprawdziły się rewelacyjnie jeśli chodzi o ochronę przed wiatrem ale nie miały żadnych zabezpieczeń na wypadek upadku. Zmieniłem więc rękawiczki na Modeka Hot Classic i to był mega dobry wybór. Perforowana skóra zapobiegała poceniu się dłoni, ochraniacze na kości dłoni nie przeszkadzają i tylko schnąć mogłyby szybciej.

Niestety nie mogłem sobie pozwolić na dokupienie spodni i jechałem w zwykłych jeansach. Jeśli chodzi o komfort jazdy to wiadomo, że nie miało to szczególnego wpływu – jeżdżę tak od lat. Jedyne co to obawiałem się o kolana i biodra w razie W ale na szczęście nie miałem tak dramatycznych przygód. Inna sprawa, że przy niższych temperaturach szybko okazało się, że nogi potrafią zmarznąć i po godzinie z hakiem staje się to uciążliwe ale i na to znalazłem sposób, o czym zaraz.

Pod spodnie i kurtkę założyłem zwykłą bieliznę termoaktywną, dokładnie tą samą, w której jeżdżę zimą na desce. Nie dość, że sprawdziła się idealnie to jeszcze w cieplejsze dni była wręcz zbyt ciepła i musiałem na przykład bluzę zamienić na t-shirt.

Jeśli chodzi o buty to wiedziałem, że muszę po pierwsze zabezpieczyć kostki przed wiatrem w czasie jazdy i usztywnić je na wypadek nieprzyjemności. Tutaj wyboru zbyt dużego nie miałem ale też niespecjalnie się tym przejmowałem bo wyciągnąłem z szafy stare, dobre wysokie galny Solovair i jestem z tego wyboru mega zadowolony. Nie dość, że chroniły przed wiatrem to oczywiście blacha na palcach dawała poczucie bezpieczeństwa, a w czasie deszczu nie przemokły w najdrobniejszym nawet stopniu.

Skoro już o deszczu mowa to dzień przed Wyprawą zdałem sobie sprawę, że nie mam nic co chroniłoby mnie przed deszczem. Widziałem peleryny, które zakłada się na ciuchy i sprytnie rozkłada tak by chroniły też nogi i nawet zacząłem ich szukać ale natrafiłem na motocyklowe kombinezony przeciwdeszczowe i już wiedziałem, że jest to rozwiązanie o niebo lepsze. Jedyne czego się obawiałem to fakt, że kombinezon musi być idealnie dopasowany czyli długość nogawek, obwód w pasie, długość rękawów, odległość od pasa do barków itd. muszą idealnie pasować do mojej sylwetki by w miarę swobodnie się w nim poruszać. Wiedziałem, że znalezienie czegoś takiego w jeden dzień nie będzie łatwe, dlatego pojechałem do sprawdzonego już salonu Modeka we Wrocławiu i dokupiłem dwuczęściowy komplet przeciwdeszczowy. Przy okazji okazało się, że rozmiarówka poszczególnych części stroju jest tak kosmicznie różna, że zakupy przez internet to by była czysta loteria. Kurtę mam XXL i jest w miarę dopasowana, a komplet przeciwdeszczowy (który powinien być większy bo przecież zakładasz go na ciuchy) jest rozmiaru XL i bardzo poważnie zastanawiałem się nad L bo też pasował. Ostatecznie wybrałem XL by szybko móc założyć spodnie i kurtkę gdyby spotkało mnie załamanie pogody po drodze. Nie wiem co mnie tknęło by ten komplet kupić ale uratowało mi to dupsko zarówno w czasie deszczu jak i w czasie chłodniejszych dni. Komplet jest gumowany od wewnątrz i nie przepuszcza żadnego powietrza w związku z czym wystarczyło założyć spodnie by nie czuć żadnego wiatru przez jeansy. Mistrzostwo świata i okolic.

W zasadzie ostatni element garderoby, o którym chciałem wspomnieć to gogle. Kurcze, piszę o nich na końcu bo to w sumie detal ale ze wszystkich elementów chyba najwazniejszy. Po mieście jeżdżę w kasku otwartym i okularach przeciwsłonecznych. Szyba w kasku jest po pierwsze jak dla mnie zakrótka i nie spełnia absolutnie swojego zadania, po drugie jest już dość porysowana i znacząco ogranicza mi widoczność. Okulary są fajne na krótkie trasy i niskie prędkości jednak bez gogli nie wiem czy dojechałbym gdziekolwiek. Świetna widoczność choć trzeba się przyzwyczaić. Ochrona przed kurzem, paprochami, deszczem, insektami itd. robi po prostu zajebistą robotę!!! Dla mnie to było jak odkrycie nowego świata. Rewelacja i polecam każdemu bo nie da się tego przechwalić!

Podsumowując

Ta Wyprawa pozwoliła mi zdobyć olbrzymie doświadczenie jeśli chodzi o jazdę w trasie, a także jakie rzeczy są przydatne, a jakie można sobie odpuścić. Bardzo dużo pomogły mi rozmowy z bardziej doświadczonymi kumplami jeszcze przed wyruszeniem w trasę. Jeśli masz takich znajomych to super, jeśli nie to w necie znajdziesz sporo porad, które mogą Ci się przydać. Warto się z nimi zapoznać, a potem wybrać te, które pasują do Twojego planu Wielkiej Wyprawy. Pamiętaj, że każda Wyprawa jest inna i musisz być gotowy na różne sytuacje.

Wiele osób mówiło „no ale Ty miałeś łatwiej bo jechało z Tobą auto z ciuchami i jakby co to mogłeś liczyć na pomoc”. To prawda, tylko nie bardzo wiem czemu ktoś inny nie może skorzystać z takiego scenariusza! 😉 Niedawno znajomy jechał na południe Europy z rodziną na wakacje i skorzystał z dokładnie tego samego rozwiązania. Żona z dzieciakami autem, a on motocyklem. Spotkali się na miejscu. Oczywiście ona dotarła dzień wcześniej, nie mieli postojów wspólnych ale hello! Przecież każdy może sobie zorganizować własną Wielką Wyprawę na swój sposób.

Słyszałem też oczywiście głosy krytyczne, że taka wyprawa to dla emerytów, że to pójście na łatwiznę, że prawdziwa Wyprawa to musi być samotna ze wszystkimi tego plusami i minusami, że noclegi powinny być pod chmurką ewentualnie pod namiotem, że powinienem korzystać z papierowej mapy albo wręcz tylko ze znaków itd… No cóż… Osobiście się z tym nie zgadzam… Czasy się zmieniają i nie widzę powodów dla których miałbym sobie utrudniać zadanie zamiast ułatwiać. Nie wiem czy byłbym tak bardzo zadowolony gdybym w drugim dniu spędził noc w zalanym namiocie, samotnie gdzieś na leśnym parkingu. Dziś pewnie wspominałbym to bardzo dobrze tylko nie wiem czy wtedy nie zawróciłbym zrezygnowany zamiast dotrzeć do celu i wrócić poznając te wszystkie fantastyczne miejsca jakie miałem możliwość zobaczyć na trasie. Pamiętaj, że Twoja WIelka Wyprawa jest Twoja i nikogo więcej! Słuchaj porad ale każdą dopasuj do swoich potrzeb. Słuchaj uwag ale tylko najlepsze według Ciebie zastosuj przy planowaniu kolejnych Wielkich Wypraw! Liczy się tylko to co sam przeżyjesz i doświadczysz! Większość malkontentów i krytyków nigdy nie wyruszy w swoją Wielką Wyprawę gdzieś na spotkanie przygody, którą Ty przeżyjesz za każdym razem gdy zdecydujesz się wstać od biurka… Najtrudniej wykonać pierwszy krok. Potem już będzie z górki. Powodzenia!!!

By | 2017-09-03T22:37:56+00:00 Wrzesień 3rd, 2017|Ogólne|0 Comments