Wetlina 2017 – Dzień 7 – Wrocław

/Wetlina 2017 – Dzień 7 – Wrocław

Wetlina 2017 – Dzień 7 – Wrocław

Na horyzoncie Wrocław

Ostatni dzień wyprawy. Ten wpis będzie bez zdjęć z dwóch powodów. Poranek przywitał mnie rzęsistym deszczem, radar pogodowy pokazywał, że do wysokości Opola nie mam co liczyć na lepszą pogodę, a okolice Wrocławia niestety nie prezentują się już tak okazale jak obrazki, które miałem przyjemność oglądać wcześniej. A może to tylko ja przywykłem do nich za bardzo? Koniec końców, po kilkudziesięciu kilometrach w ulewie nie miałem jakoś ochoty zatrzymywać się by robić zdjęcia dlatego nawet zdjęcie nagłówkowe przedstawia Molo Resort, który widziałem dzień wcześniej.

Deszczu daj żyć

Wierz mi, kiedy złapie Cię deszcz w trasie, bez zastanowienia przebierasz się w przeciwdeszczowe ciuszki i gnasz dalej ku horyzontowi (no chyba, że złapie Cię oberwanie chmury, jak mnie w Starym Sączu). Jeśli jednak wstajesz rano, a za oknem rzuca żabami, wężami i mrówkami to z niespotykaną łatwością znajdujesz 1000 bardzo racjonalnych i mocnych powodów by nie wyruszać dalej.

Taki właśnie był poranek w Raciborzu. Sprawę utrudniał fakt, że był to piątek i co prawda plan przewidywał dotarcie do Wrocławia w tym dniu ale na sobotę miałem zaplanowany powrót do Raciborza na Intro Festiwal. Rozumiesz, że momentalnie pojawiła się pokusa porzucenia Vespy na jeden dzień i plan powrotu nią do Wrocławia w niedzielę po Festiwalu… Po trwającej przez całe śniadanie, burzliwej dyskusji z samym sobą postanowiłem jednak jechać dalej zgodnie z pierwotnym planem. Po pierwsze dlatego, że taki był plan i byle pogoda nie przeszkodzi mi w jego realizacji, po drugie bo taki był qrwa plan i koniec dyskusji.

Ubrany jak Pi i Sigma wyruszyłem z Raciborza. Nie planowałem z góry żadnych postojów czy zwiedzania, raczej modliłem się by bezpiecznie wyjechać ze strefy intensywnych opadów. Plan zakładał przejazd dołem przez Prudnik, potem Nysa, Ziębice, Strzelin i Wrocław. Pierwsze kilometry były mega trudne. Ruch duży, deszcz zalewający gogle, które dodatkowo po raz pierwszy od początku wyprawy zaczęły parować mimo otworów wentylacyjnych. Co kilkanaście kilometrów postój, żeby osuszyć gogle i wykręcić rękawice. Dziś wspominam to z usmiechem ale wtedy wcale do śmiechu mi nie było tym bardziej, że ołowiane, ciężkie chmury rozciągały się po horyzont i nic nie zapowiadało końca czy choćby zmniejszenia intensywności deszczu.

Bądź gotowy na wszystko!

Po wjechaniu na drogi już całkiem dzikie ruch drastycznie spadł ale i tak ciarki na plecach wywoływały każde światła pojawiające się w lusterkach. W takich warunkach mogło się zdarzyć wiele. Na szczęście tylko jedna sytuacja podniosła mi drastycznie ciśnienie.

Jakiś kierowca postanowił siedzieć mi na zderzaku przez kilka kilometrów i to w odległości, która w moim odczuciu uniemożliwiała jakąkolwiek reakcję gdyby coś się na drodze wydarzyło. Kiedy tak jechał z nim na plecach kolejny kilometr, wyjechałem zza górki wprost na stojący na cały pasie, nieoznakowany i nieoświetlony wielki traktor z przyczepą i jakimś ciężkim sprzętem na niej. To są takie momenty kiedy działasz instynktownie bo nie ma czasu na ropzatrywanie siedmiu różnych scenariuszy wydarzeń. Wymijając tą górę stali zerkałem tylko czy jadący za mną kierowca przypadkiem nie postanowił przyspieszyć by wyminąć przeszkodę przede mną. Na szczęście kierowcą była kobieta, która była chyba mocno przerażona koniecznością jazdy w takich warunkach i nie denerwowało jej, że się poruszam ze ślimaczą prędkością.

A po burzy wychodzi słońce

Doczołgałem się do Nysy i przestało padać. Drogi jeszcze mokre i śliskie ale przynajmniej gęba sucha. 😉 Kiedy myślałem, że teraz już będzie z górki, okazało się, że deszcz uszkodził kabel ładowania do telefonu, na którym miałem nawigację. Co prawda dojeżdżałem do miejsca skąd trasę do Wrocławia znam ale przede mną było jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dróg, którymi nigdy wcześniej się nie poruszałem. Z kazdym kilometrem sprawdzałem stan baterii i tylko cudem jakimś dojechałem do głównej drogi kiedy telefon mi padł do końca.

Happy end

To był mocny akcent na zakończenie wyprawy. Zdarzyło się wszystko, czego uniknąłem przez poprzednie dni. Dodało to jednak tylko pieprzu do i tak wspaniałej przygody! W tydzień zobaczyłem mnóstwo miejsc do których w inny sposób nigdy bym nie trafił! Miałem przyjemność delektowania się widokami, których jadąc autem nigdy bym nie dostrzegł. Wierz mi, można jeździć po całym Świecie w poszukiwaniu atrakcji ale warto zacząć od własnego podwórka bo mamy rejony wcale nie mniej piękne niż najpiękniejsze lokalizacje gdzieś na końcu świata… Wrocław przywitał mnie słońcem…

2017-08-30T12:30:16+00:00